Książka Niny Łuszczyk-Ilienkowej i Anny Engelking jest fascynująca w swojej magii i swoim realizmie.
Magii, bo przekonuje nas, że istnieje świat, w którym żyją razem dobre dusze nas wszystkich, świat w którym niemiecki strażnik mówi do kradnącego dziecka "Vater. Brot. Ich verstehe.", w którym stary Żyd podnosi z dna rozpaczy obcą rodzinę i wróży przyjście na świat upragnionego dziecka. Magii pokazującej raj gdzie "lew i owca będą żyły obok siebie". Magii, bo pokazuje nam bezkresną przepaść piekła gdzie oszalały skrzypek opery berlińskiej, stojąc samotnie w mroźnej ciemności, okaleczonymi rękami dyryguje symfonią spadajacych bomb. Magii pokazujacej wciąż to samo miasto, te same ulice, w świecie wielu dusz, pokazującej nieprzeliczalne Wszechswiaty, wciąż to samo miejsce.
Można śmiało powiedzieć że to co Bruno Schultz uczynił z Drohobycza, Nina Iljenkowa i Anna Engelking uczyniły, w zwielokrotniony sposób, z Pińska.Fascynująca w realizmie bo niektóre opowiadania (Wincenty Dziedziul) mogą być porównane z dziełami Dickensa, wydają się być wykrzyczane dziewiętnastowieczną wystudiowanie neutralna obiektywną narracją skrywajacą jakże znany nam krzyk do Stwórcy "To nie tak miało być!!!".
Niektóre opowiadania wchodzące w skład książki były poprzednio drukowane w miesięczniku "Więź".