"Patrzę i słucham".
Posłowie
"Pamiętasz? Dobrze, że pamiętasz!
Bo ja przecież byłem!"
(Ćwierć kilo rozmaitości!)
"Patrzę i słucham" - tak mówi o źródłach swojego pisarstwa Pani Nina w opowiadaniu Na rodinu!. "Patrzeć, by pamiętać. Patrzeć, by napisać" - dopowiada w Łące. W innym miejscu (Sagany. I) nazywa siebie - przenikliwie i autoironicznie - "wieczną gapą". W wariancie roboczym tego samego opowiadania natknęłam się na autotematyczny komentarz do owego samookreślenia, nie zamieszczony w ostatecznej wersji tekstu: "Co by było, co by było, gdyby tych gapiów nie było! Gapa nie fotograf, to rzecz jasna. Ale jeżeli piórem włada i trochę jest wyobraźnia, to figura ważna, nie zamieniona."
Tak. Gapa, świadoma gapa, to ważna figura. Ja, żeby to zrozumieć, potrzebowałam czasu.
Poznałam Panią Ninę w 1993 roku. Zatrzymywaliśmy się u niej z grupą młodych etnografów, prowadzących pod moim kierunkiem badania terenowe na Polesiu. Pińskie mieszkanie Pani Niny było naszą bazą przed wyjazdem do wsi i po powrocie.
Sednem pracy etnografa jest uważne słuchanie. Ale słuchanie Pani Niny nie przyszło od razu. Dużo mówiła - początkowo słyszałam tylko zalew słów i informacji. Dopiero z czasem, kiedy bliżej się poznałyśmy i kiedy okoliczności bardziej sprzyjały rozmowie, udało mi się w mówieniu Pani Niny usłyszeć pierwsze opowiadanie. Była to historia o tym, jak w jej kraju handlowano rybą. Historia tak obrazowa i tak bezbłędnie ujęta w zamkniętą formę opowiadania, że od następnego spotkania zaczęłam nagrywać rozmowy z Panią Niną na magnetofon. Było to latem 1997 roku.
W ciągu czterech lat nagrałyśmy kilkadziesiąt godzin rozmów. Pani Nina opowiadała, snuła dygresje, żartowała, odpowiadała na pytania i zadawała swoje, a ja nie przestawałam być pod wrażeniem jej daru opowiadania, fotograficznej pamięci, zmysłu szczegółu, czyli po prostu - talentu literackiego.
Początkowo obie byłyśmy przekonane, że książka - o ile kiedyś powstanie - będzie się składała z "opowiadań mówionych". Stosunkowo prędko okazało się jednak, że Pani Nina swoje opowiadania nie tylko opowiada, ale i zapisuje. Opowiadania mówione powstawały w czasie naszych spotkań i rozmów; pisane - w okresach, kiedy nie przyjeżdżałam do Pińska. Zmieniła się więc koncepcja książki - teraz miała się ona składać z opowiadań pisanych (jako pierwsze powstały Troska Jankiela, Elektrownia, Czarne jagody, Ziselman z Honczarskiej, Pińsk, stacja. 1938 rok, mam 9 lat), z opowiadań mówionych (zaczęło się od Bocianów, potem przyszły Lejba, Don Kichot spod Cyryna, Wujek Józef Zacharczuk, Tabakierka), a także z fragmentów naszych rozmów, w których Pani Nina opowiadała dzieje rodziny Łuszczyków i Korostinów.
Ale potem tak się złożyło, że przez dłuższy czas nie przyjeżdżałam do Pińska, a Pani Nina nie przestawała pisać. Warszawski listonosz przynosił mi grube białoruskie koperty z kartkami w linie, zapisanymi niewprawnym pismem, dowolnie łączącym litery łacińskie i cyrylicę. Po jakimś czasie zrozumiałam, że opowiadania pisane zyskały zdecydowaną przewagę nad mówionymi - nie tylko ilościową, ale przede wszystkim artystyczną. I tak koncepcja książki zmieniła się po raz trzeci: opowiadania pisane dopełnione mówionymi. Nie zmienił się tylko tytuł. Od początku było dla nas jasne, że książka Pani Niny to Elektrownia.
W miarę powstawania kolejnych tekstów stawało się coraz bardziej widoczne, że Pińsk, Elektrownia będzie czymś więcej niż zbiorem opowiadań, które łączy postać narratorki - bohaterki - autorki. Może powieścią w opowiadaniach? Opowiadaniach i obrazkach? Bo Pani Nina - rozmówca, gawędziarz, narrator - okazała się pisarzem.
Jej opowiadania - powstałe w ciągu sześciu lat zamknięte całości - składają się na jedną, wielowątkową, spójną opowieść. Opowieść dokumentalną, która dzięki talentowi i wyobraźni autorki jest zarazem dziełem literackim.
Na dokumentalną pasję, talent i wirtuozerię Pani Niny złożyły się nie tylko jej niezwykłe zdolności do patrzenia i słuchania ("Trzeba być spostrzegawczym!" - mawia). Także doskonała pamięć, która tysiące widzianych scen i szczegółów, usłyszanych w wielu językach rozmów utrwala na zawsze w swoim magazynie. "Przez całe życie idzie taki jakiś film przede mną. Film widziany. Nie kręcony przez jakichś reżyserów czy operatorów, a film robiony życiem" - usłyszałam kiedyś od niej w rozmowie.
Pamięć Pani Niny jest jednak czymś znacznie więcej niż tylko darem natury: swoją moc i żywotność czerpie ze świadomego nakazu pamiętania, sformułowanego ongiś przez siostrę Jolantę, ukochaną wychowawczynię małej Niny, i przyjętego przez nią w dorosłym życiu za jego dewizę, nadającą sens podejmowanym pisarskim wysiłkom. "Pamiętajcie dzieci, i małe i duże, pamiętajcie zawsze. Oni byli" - te słowa z opowiadania Półkolonia mogłyby być mottem Elektrowni.
Praktykę pamiętania przejęła Pani Nina od swojego ojca, czego zapisanym dowodem jest wiele opowiadań w jej książce. I w opowiadaniach, i w bezpośrednich rozmowach podkreśla to wielokrotnie: "Było bardzo dobrze póki żył ojciec, dlatego że myśmy te wszystkie sprawy omawiały dzień w dzień. Ojciec coraz nowe szczegóły dawał i jakoś nie dawał w zapomnienie to wszystko. Póki ojciec był, to ciągle była ta rozmowa, ciągle było wspominanieÉ"
Teraz, kiedy już od wielu lat nie ma ojca, Pani Nina wypytuje o niegdysiejsze szczegóły swoje pińskie koleżanki, przysłuchuje się rozmowom w autobusach, wdaje się w pogawędki z ludźmi w kolejkach i na przystankach, a nawet robi specjalne wyprawy do wiosek pod Pińskiem, by ożywić swoją pamięć etnograficznego detalu. Zaczęła też sięgać do dokumentów i do fotografii rodzinnych. Szuka pamięci. Robi to z wielką determinacją i w wielkich emocjach. "Bo to wszystko trzeba wystradać. Wszystko wynosić w siebie. Możesz sto razy do tego samego domku podchodzić, może coś podpowie, jakiś szczegół, jakieś coś. Rozmawiać z ludźmi, ten coś podpowie, inny coś podpowie. Ot, ktoś mi powiedział o tej śmietanie u RiwkiÉ". "Ja ciągle podsycam to moje Opole i Kielenszczyzne, żeby ja ciągle ich miałam w sobie, żeby one nie były zapomniane. Żeby nie były utracone wszystkie te fakty, te takie malutkie, z czego można byłoby potem to wszystko wytkać."
Pani Nina kultywuje, ćwiczy, rozbudowuje i doskonali swoją pamięć. Bo chce pamiętać. Po to, by zaświadczać.
Dlatego właśnie pisze. "Żeby nie przepadło tyle materiału." Zanim odejdzie, chce wszystko wypowiedzieć, chce przekazać tym, którzy ją zrozumieją. Zostawić słuchaczom i czytelnikom to, co przez całe życie gromadziła i co tak ją dzisiaj przepełnia.
Ale przede wszystkim pisze z poczucia obowiązku. "Muszę to jednak powiedzieć. Muszę. Bo ktoś to powinien powiedzieć." Z poczucia lojalności wobec tych, którzy byli. Z wierności wobec nich i wobec siebie samej. Jej opowiadanie-pisanie jest dokumentem - czy może manifestem? - tożsamości. Pisze, by - jak to formułuje - "te ludzie w świecie wiedzieli, kto my jesteśmy".
Zapytałam kiedyś Pani Niny, co jej zdaniem powinno się znaleźć we wstępie czy posłowiu do książki. I usłyszałam: "To powinien napisać człowiek, który by mnie bardzo dobrze znał. Który by mógł tak jakoś prowadzić, że człowiek, przeżywszy bardzo długie lata, w stare lata zaczął, raptownie zaczął pisać po polsku. Trzeba jakoś to wyjaśnić. Dlaczego to się stało. I możno powiedzieć, że ten człowiek próbował dawnym-dawno pisać po rusku. Pisało się tak: troszeczkę do gazety, trochę dla siebie. Trochę prosto nie pisało się, a opowiadało się ludziom przy każdej okazji. Przy każdej okazji, jak na pracy, tak na przykład, jak jeździliśmy gdzieś siano kosić, czy co, była wolna chwila, to stale grupowali się koło mnie i byli zadowoleni, że ja im opowiadam takie rzeczy, o których oni nie mieli pojęcia, że to tak, właśnie tak. Potem ciągle byłam sprzeciwna niektórym literaturnym takim pisaniom, którzy, prosto, wcale nie znając ni tego materiału, ni tej sytuacji, nie bywszy tutaj, opisują nasze miasta, które się znajdowały po tej stronie Bugu. Trzeba to też zaznaczyćÉ"
A więc - dlaczego Pani Nina pisze po polsku? Jej pierwsze próby pisarskie - o których dowiedziałam się, kiedy nasza praca nad książką była już znacznie zaawansowana - były podejmowane po rosyjsku. W 1949 roku w Wilnie jako dwudziestoletnia dziewczyna uczestniczyła w spotkaniach kółka literackiego, prowadzonego przez Marię Sadowską, która pozostała w jej pamięci jako osoba tajemnicza, która zjawiła się nie wiadomo skąd (może z łagrów?) i podobnie po niedługim czasie znikła. Marii Sadowskiej spodobało się opowiadanie Niny Świteź (zamieszczono je nawet w "rukopisnym żurnale" kółka literackiego) - mówiła, że jest w nim światło. Później, w Pińsku, w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, Pani Nina chodziła na spotkania kółka literackiego przy gazecie Poleska Prawda i pisywała dla niej "takie zarysówki o kobietach, które pracują bardzo ciężko, o ludziach, o życiu, takim życiu, jakie było to życieÉ". Jak twierdzi, teksty te - poza reportażem Prawda Tatiany, o samotnej matce, dorabiającej oddawaniem krwi - były "słabiutkie".
"Nigdy nie myślałam, że ja mogę pisać po polsku. To przyszło niedawno zupełnie. To przyszło od... od cmentarza. Ja napisałam o cmentarzu i chciałam posłać do Głosu znad Niemna, a jednak nie posłałam." Był to tekst o pracach porządkowych na pińskim cmentarzu katolickim, podejmowanych przez członków Związku Polaków na Białorusi. O pracach służących przywracaniu pamięci. Pani Nina uczestniczyła w nich bardzo aktywnie i z dużym przejęciem. Zapewne to właśnie zaangażowanie było jedną z przyczyn, które otworzyły w niej (czy odblokowały?) chęć i umiejętność pisania po polsku. Inną przyczyną było niewątpliwie nasze spotkanie i nasze rozmowy: znalazła słuchaczy, którzy docenili wartość jej opowiadań i wytrwale, żeby nie powiedzieć uparcie, zachęcali do pisania.
Pytanie, dlaczego po polsku, przewijało się w naszych rozmowach jak refren. Pani Nina odpowiada na nie rozmaicie. "Ja nie mogę się chwalić, no mnie, na przykład, bardzo łatwo jest pisać po polsku. Co to jest? Ja się sama dziwię. Czy to, że ja większość książek jednak czytałam po polsku? Kto jego wie, o co tutaj chodzi?". "Tak, ot. Ja przecież próbowałam po rusku pisać. O! O, o, o! Ludzie nie wychodziliÉ". "No, no, jak ja to mam napisać po rusku, wot kak? Wot kak ja eto pierewiedu na ruskij jazyk? U mnie nie ma tych słów! No, co, co to znaczy?". "Mnie nikt nie podpowiedział pisać po polsku. Nikt mnie nie mógł podpowiedzieć, dlatego że to, co ja piszę, ja wtenczasÉ polski język był we mnie i ja byłam wtenczas tam. I ja próbowałam po wojnie co nieco pisać po rosyjsku. U mnie nie wychodziło. Czy za te cztery lata polskiej szkoły ja dostałam taki wielki zapas słówÉ Czy znajomość z wami, i tak dalej, właśnie szturchnęła mnie na toÉ Szturchnęła mnie, bo dlatego że jaÉ ja siebie nie znajdywałam w ruskim języku". "U mnie to jest prawie wszystko jasne. Urodziłam się w Polsce, uczyłam się w Polsce, wyratowała mnie Polka, hodowała mnie Polka i jeszcze raz hodowała mnie Polka, i mój fenomen nie jest fenomenalny".
Nasuwa się jeszcze jedno pytanie do postawienia temu fenomenowi: dlaczego polesko-białoruska powieść w opowiadaniach opowiedziana jest po polsku, a nie po białorusku? Przecież Pani Nina uważa się za Białorusinkę. Swoją miłość do języka białoruskiego niejednokrotnie podkreślała w naszych rozmowach. Dużo czyta po białorusku, ale - podobnie jak wielu jej rodaków - nie mówi w tym języku. Potrafi oczywiście mówić "po pińsku" - "to język moich karmicieli!" - ale dialekty zachodniego Polesia są odległe od białoruskiego języka literackiego, bliższe ukraińskiemu. I tak, wskutek skomplikowanych, utrwalonych przez wieki relacji wielojęzyczności i wielokulturowości w kraju Pani Niny, nowa książka, jaką dzięki niej otrzymuje literatura białoruska, napisana jest po polsku.
Szczególna to zresztą polszczyzna: niepowtarzalny, indywidualny jej wariant, głęboko przesiąknięty interferencjami rosyjskimi i dialektalnymi poleskimi. To język-dokument: żywe świadectwo pogranicza kultur.
Kiedy zastanawiam się, jak określić najkrócej ustno-pisany, amatorski, autentyczny, dokumentacyjno-artystyczny, otwarty proces opowiadania Pani Niny, przychodzi mi do głowy sformułowanie: polskojęzyczna literatura białoruska, jakiej jeszcze nie było. I jednocześnie: nowa literatura polska z Białorusi. Nowa: ożywcza i odkrywcza.
Wymieniając wcześniej powody, dla których Pani Nina opowiada i pisze, pominęłam jeden, i to jeden z podstawowych. Pani Nina pisze też z miłości. Potrafi, jak mało kto, gdzieś pomiędzy słowami przekazać tak typową dla Białorusinów, niewyrażaną otwarcie miłość do swojego kraju. A także, spotykane już rzadziej, mądre rozumienie go. Dlatego też jednym z motywów jej pisania jest sprzeciw wobec "niektórych literaturnych pisań, którzy, nie bywszy tutaj, opisują nasze miastaÉ".
Tym wszystkim, którzy naprawdę chcą słuchać i wiedzieć, Pani Nina opowiada o swoim kraju z poczuciem, że robi to wiernie i rzetelnie, dając świadectwo prawdzie.
Niedawno powiedziała mi: "Ja już odpracowałam, zapłaciłam długi polskie. Ale dla Białorusi ja będę pracować ile będę mogła. Do śmierci."
Pani Nina pisze dalej. Zapowiada następną książkę.
Anna Engelking
|
|