Wilno jeszcze w dymach, lekki mrozek potrzaskuje. Ilekroć mama mi nie przykazywała: trzeba iść prosto do szkoły na Ostrobramską! Oczywiście przyrzekałam, jak ona chciała.
Z Nowego Światu po moście żelaznym, zawieszonym nad torami, strzałą przelatywałam. Gorzej było ze śliskimi schodami, ale i ich w okamignieniu pokonywałam. Znajdowałam chwileczkę wpaść w mój świat bajeczny, wileńskie Podhale. Jednym choćby oczkiem spojrzeć na stragany i na zawinięte w stare, samotkane dziadowskie kaftany - sagany.
Siedzi na gorącym saganie rozpuszona, rumiana Honoratka i woła: Kaszanka świeżutka, gorąca, ze skwarkami, tylko 20 groszy i śniadanie mamy!
Ziutka, czerwona od mrozu, chustką kraciastą okręcona, wtóruje: Babka kartoflowa, tłusta, sytna, 10 groszy kawałek spory! Cebuli nie szkodowałam, już dwa pełniuśkie sagany sprzedałam!
Ilu tu studentów, malarzy, poetów śniadanie i obiady miały. Za ostatnie nieraz grosze kęs kaszanki kupowały.
Leci Zbyszek, syn Malwiny. Krzyczy, nos rękawem ociera: "Kurier Wileński"! Tylko 10 groszy! Ostatnie wiadomości! Bracia Jabłkowskie na Wileńskiej sklep otkrywają! Słuchaj, kolego Wowuś, jak kaszanka, czy smakuje? - A tak, owszem, już kopę gazet sprzedałem i kawałek sobie zafundowałem.
Pędzi Jurek, Szwydki się zowie. Macha gazetami. Wrzeszczy jak kogut cięty: "Wiadomości"! "Wiadomości"! Smosarska jedzie, jedzie! - A dokąd, pytają, jedzie? - At, tam. Ja nie przeczytałem, bo jeszcze śniadania w ustach nie miałem. Kaszanki za 20 groszy! Wypcham se brzuszek i za kwadrans na Niemieckiej będę, bo Żydki już sklepy otkrywają. Tłok będzie, gazety wysprzedam.
Idzie sztubak Edzio. Też się zatrzymał, noskiem pokręcił, zwilżył gębusię języczkiem: Ja tę kaszankę z czarnego sagana nigdy nie kosztowałem. Dziś na śniadanie pieczoną cielęcinkę miałem. Fe, jakie czarne te sagany!
Rybak od stragana, gdzie sprzedaje żywe-żywiuteńkie, kręcące się jak węże węgorze: Coś z ranku kupców dziś braknie. Więc śniadanie u Ziutki kupuję. Niech da mi trzy kęsy dobrze zarumienione. No i cieplejsze, ze środeczka, proszę, niech mi dostanie.
Zza zakrętu, drobnym kroczkiem - pani czy panienka? Futerko źrebakowe, takie jakieś, na pewno nie nowe. Mufteczka. I toczek filcowy z pióreczkiem na głowie. Uśmiecha się dla Ziuteczki, kawałeczek w papier zawinięty odebrała. Dziękuję! - Na zdrowie!
Sama sobie jak zawsze mówię: gapa nieznośna, masz natychmiast iść do szkoły. Bo się spóźnisz. Dwója będzie murowana!
Ale, ale! Jedna chwileczka! Idzie chłop barczysty, rude wąsy pod czerwonym nosem, kiepusia na bakier. Zobaczę, co kupi. Honoratkę obejmuje, omal w rączki nie całuje. Oznajmia: wczoraj przepił z kumplami ostatnią złotówkę. I nie dostał od Birutki śniadania. No cóż, dwa kęsy, te gorsze, w kredyt dostanie.
Ojej, już zwiewam!
Jutro. a może przez długie lata napiszę następne opowiadanie.
No, a dzisiaj na kalendarzu rok 1939, miesiąc luty.
Ale, rzecz jasna, że wieczna gapa dziś dostanie lanie.