Symfonia wojny.
XI-XII 1943, Pińsk
W jeden z okropnie mroźnych i głodnych wieczorów odchodzącego 1943 roku ojciec przyszedł z dyżurstwa na elektrowni jak prawie zawsze nie sam.
Do kuchni wszedł bardzo wysoki Niemiec. Zatrzymał się u progu i zaczął mówić, że dalej nie pójdzie, bo ma bardzo dużo śniegu i lodu na obuwiu i na chodnikach będzie sporo wody i błota, ponieważ cały dyżur chodził naokoło elektrowni. Lecz ojciec nie chciał go słuchać, a podrzucił węgla do żelaznego piecyka i zawołał na mnie: Córko, co masz dla nas na kolację? - Co mam, to mam! Ale dla ojca i Witka, a niemieckich żołnierzy to chyba jest komu karmić! Ojciec się nie rozgniewał, a powiedział, że to on zaprosił tego żołnierza, bo chce go trochę wyleczyć.
Ilu ten mój ojczulek nie karmił, ilu wcale nieznajomych nie nocował! Oddał prawie wszystką odzież po zmarłej mamie. Ale jeszcze nie było, żeby przyprowadzał niemieckiego żołnierza i jeszcze go leczył.
Ale niech będzie i tak, tym bardziej, że ja tego żołnierza znałam. Już może kilka tygodni przepuszczał mnie przez bramę, jak niosłam ojcu obiad i wracałam z pełnym wiaderkiem smarów, to znaczy kłaków, nici albo szmat, któremi tato i pomocnik obcierali ręce w czasie obsługi dizlów. To był jedyny ratunek dla naszego pieca, drzewa wystarczało tylko na rozpał. Więc przepuszczał mnie ten żołnierz, nie zaglądając, co jest w koszyku z jedzeniem i w wiadrze ze smarami. To odznaczyłam w myśli i przestałam gderać.
Nakryłam do stołu. Żołnierz też położył na stół swój bocheneczek chleba i puszkę konserw. W czasie jedzenia zauważyłam, że gość mego ojca nie zdjął zielonych wełnianych rękawic. To mnie zaintrygowało. Ot, postanowiłam wyjaśnić, dlaczego w Niemczech jest taki zwyczaj siadać do stołu, nie zdejmując rękawiczki. W myślach już podbierałam niemieckie słowa, ale coś nie bardzo dużo ich miałam w zapasie.
W tym czasie ojciec kazał mi iść do spiżarni i poszukać słoiki z gęsim i zajączkowym tłuszczem. Aha! Już nie potrzebuję szukać słówka! Wszystko wyjaśnione. Jegomość Niemiec ma odmrożone ręce. No cóż, na przedpolach Stalingradu dziadunio mróz setkami berlińczyków mroził.
Poszłam po słoiki. Podając leki, powiedziałam: Ojczulku kochany, teraz będę ciebie nazywała Profesor Wilczur. Gość natychmiast to zrozumiał i zagderał: Gut, gut, grosse Professor Władimir, leczy swoje maszyny i ludzi też.
Póki Wilczur nakładał maści na okropnie zniekształcone ręce skrzypka berlińskiej opery, Franza - bo tak się podał pacjent naszego ambułatorium - poszłam do pokoju i postawiłam na patefon starą, jeszcze z Briańska przywiezioną płytę. Mocny głos wtargnął się w osierocone, zimne i głodne mieszkanie. Jak skamieniał okaleczony zaborca, a ja siadłam koło żelaznego piecyka i patrzyłam w ogień. Gdy płyta się skończyła i wstałam, by wstrzymać igłę, przybysz zawołał: Szalapin, Susanin, bitte noch einmal!
Tak na naszej kuchni, pośrodku której stał żelazny piecyk palony smarami z elektrowni, leczyli my z ojcem ręce i duszę skrzypka, który już nigdy nie będzie mógł wziąć smyczek w swoje odmrożone ręce. A jeżeli zostanie żywy, to ni Wilczura-Władimira, ni Susanina chyba nie zapomni.
Ale ta historia z Franzem jeszcze nie była skończona. Gdy przechodziłam przez kontrolną budkę, tupał na sianie, podścielonym na lód. Mróz dosięgał 30 i więcej stopni. Niby zaglądał do wiadra ze smarami, a sam cicho mówił: Vater, Brot, verstehen! Kiwałam głową, może dziękując, a może już to była litość? Kto wie, byłam dzieckiem i teraz w stare lata trudno mi określić moje tamte uczucia dla poszczególnych ludzi.
Jednak Franz został w pamięci mego ojca i mnie jeszcze z innego powodu oprócz odmrożonych rąk. Gdy były naloty sowieckiej awiacji na Pińsk, a w nowym 1944 roku bardzo się wzmożyli, to niemieccy wartownicy chowali się w bunkier, który był zbudowany jeszcze przy carskich zakładach jako magazyn dla beczek z benzyną. Teraz tam Niemcy sobie zainstalowali schron. I jak tylko samolot zawieszał oświecające lampy, by bombowce mogli mieć dobry cel, wartowniki niemieckie biegli do tego betonowego schronu. Szkoda, że partyzanty o tym nie wiedzieli, bo dostęp do elektrowni był otwarty, a w sali maszynowej pozostawał tylko maszynista, pomocnik i dyżurny monter.
Franz nigdy nie korzystał z tamtego schronu. Miał na poletku koło elektrowni wykopany dołek, taki by w nim mógł stać tylko jeden człowiek. Dołek ten był nakryty kawałkiem blachy, a nasypany śnieg Franz zmiatał każdy dzień pedantycznie miotłą. Więc w czasie nalotu porzucał posterunek - mogę to świadczyć słowem honoru i jeszcze dalszym moim opowiadaniem.
Szedł, raczej kroczył, bo był wysoki i bardzo w tą chwilę strachu przed śmiercią poważny. Odrzucał nakrycie, spuszczał się do dołu do pleców i przyglądając się w oświecone niebo, zaczynał grać na powietrznych skrzypcach. Odmrożone palce ściskały gryf, smyczek wzlatywał, czapka gdzieś padała i jasne włosy rozwiewały się w groźnych podmuchach wiatru padających bomb. A one padały niecelnie. Może dlatego, że skrzypek prosił Boga, by dał mu łaskawie śmierć? Boże drogi! Może. Może prosił, wznosząc ręce ku niebu, o łaskę dla pińskiej elektrowni, na progu której stał mój ojciec? Trzeba było to widzieć, by zapamiętać na zawsze.
I bomby celu nie dosięgały, niszcząc i zabijając ludzi na ulicy Pańskiej i Lewkowskiej, tuż za koleją. A dizle pracowały nietknięte.
W jeden, bodajże najgroźniejszy z nalotów, ojciec był na dyżurze. Wyszłam na podwórko. Elektrownia cała oświecona od komina do torów wjazdowych. Widzę ojca, pokazuje mi na migi: mam lecieć do schronu. Spojrzałam w stronę budki straży. Skrzypka nie było na posterunku. Już na pewno grał symfonię. A ja nie usłuchałam rozkazu ojca. Poszłam do domu. Wstrząs zastał mnie w korytarzu. Upadłam, rzucona falą powietrza. Następne wybuchy były dalej. Otkrywam drzwi: stoi moja elektrownia caluteńka. Ojca nie ma. Może poszedł oglądać miejsce, gdzie upadła bomba?
Brat na tą noc nie wrócił. Był w Horodyszczu na moście. Ojciec przyszedł ze zmiany bardzo zdenerwowany, nie mógł przemówić ni słowa. Myślałam, że tak na niego podziałał nalot, prosiłam go, by się uspokoił, bo ja się boję, żeby nie umarł. Nic jednak nie mówił. Czekał na Witka. A on nie wracał. Więc mówi: Źle się czuję. Muszę tobie jednak to powiedzieć.
Kiedy rozpoczął się nalot, na posterunku nikogo nie było z ochraniaczy. Franz też na posterunku był nieobecny. Na stacji kolejowej zatrzymał się pociąg z wojskiem, jadącym na front. To była dywizja SS. Jeden z oficerów bardzo spieszył się do działania. Widocznie chciał sprawdzić, jak stalingradzkie niedobitki sprawiają służbę ochrony. No i wpadł do elektrowni nikim nie zatrzymany. Wleciał rozjuszony do sali maszynowej, schwycił ojca za kark i pociągnął na zewnątrz. Lufą pistoletu dźga w nos i krzyczy: Gdzie są ochraniacze? Lampy w niebie się palą, więc zobaczył na gnieździe koło posterunku cekaem. Każe go ojcu ciągnąć. Od razu ojciec pomyślał, że chce go zastrzelić, ale po co karabin maszynowy na jednego człowieka, kiedy ma w ręku pistolet? Więc próbuje mówić: O co mu chodzi? - Jak to o co! Gdzie są ochraniacze? - Ojciec poprowadził go do bunkru, gdzie siedziała obsługa. Wpadł rozwścieczony, zaczął wymyślać od łotrów i darmozjadów. Partyzanci już są w mieście, a elektrownia w czasie nalotu nie ochraniana! Wśród wyłajanych ojciec Franza nie zobaczył.
Jak wyszli, zobaczył go stojącego spokojnie koło słupa elektrycznego. Palił papierosa. Esman rzucił się na niego, czemu tu stoi. Franz powiedział, żeby się uspokoił, bo jego pociąg już odchodzi, to na pewno nie zdąży i będzie ochraniał elektrownię razem z nimi. Esman okropnie zaniepokoił się. Prowadź, prowadź mnie! Jest bliższa droga niż ta, którą ja przyszedłem? Franz się zaśmiał, śmiechem bestiańsko straszliwym. Tak, tak, taka droga jest, ja, ja. Ja po niej nieraz chodzę. Pójdziemy razem, dostaniemy z tobą krzyże, że wyratowaliśmy elektrownię od partyzantów. Ty lubisz krzyże! I znów niewymowny śmiech. Idą przez poletka ku płotowi z kolczastego drutu, a tam gęściutko leżą miny. Franz jak wiatrak macha rękoma, coś śmiesznego opowiada. Cha, cha, cha! Gromadka ochraniaczy zacięcie milczy.
Biedny mój ojciec. Ot, tego dopuścić nie mógł. Krzyknął z całej siły: Halt! Zurück! Minen! W krok od śmierci zatrzymali się. Ochraniacze spiesznie zaczęli uciekać. Ojciec zrozumiał, że zaraz stanie się coś strasznego. Esman zastrzeli Franza. Tak by się i stało, ale ręka-wiatrak z siłą uderzyła i pistolet wypadł daleko poza druty w głęboki śnieg. Nogą esman dostał kopniaka w tył. W tym czasie parowóz na stacji dał gwizdek. Jak zając uciekał spiesznie na pociąg.
Franz podeszedł do ojca i zaglądając w oczy, zapytał: Kogoś ty poszkodował? Mnie, skończonego idiotę i inwalidę? U mnie gniją odmrożone ręce i nogi. Rodzina zginęła pod gruzami. Komu ja jestem potrzebny? A może poszkodowałeś tego szczeniaka, co? Bo i ty masz syna? - I Franz znowu zaczął się śmiać.
Wziąłem go za rękę. Uspokoił się. No, mów, Władek, daj mnie odpowiedź. - Ja poszkodowałem was dwóch. Każdy człowiek ma prawo na życie. Wojna już załamała swoje skrzydła. Po mrozach będzie odwilż. Franz dużo przeżył, i jak będzie pokój, proszę popróbować pisać muzykę i w tej muzyce niech będzie chwila, którą my tu zaraz przeżyli.
Rano na posterunku zastąpili nowe ochraniacze. Franz nigdy więcej nie przyszedł do elektrowni.