szukaj
Pińsk, Elektrownia. Mam 10 lat

Strona główna

Wybrane fragmenty

Spis treści

"Riwka"

"Szłoma prosto z Rygi"

"Sagany"

"Symfonia wojny"

"Tajemnica cioci Heleny"

"Patrzę i słucham" (Posłowie)

Powstawanie książki

Rękopisy, narracja

Autorki

Recenzje

Światy kresów II Rzeczpospolitej

Dzisiejsza tożsamość

-

Sprzedaż, zamówienia

Mapa witryny

Logowanie


Tajemnica cioci Heleny

Ongiś, w czasy rządów na Kremlu Nikity Chruszczowa, zabieram się za namową ojca odwiedzić jego siostrę Helenę w Romejkach. Jej mąż jeszcze siedział w łagrach na północy za jakoby potrute kołchozowe cielaki. Karol, mój brat cioteczny, również nieblisko - służył w strojbacie.

Uradziliśmy z ojcem, że pojadę dowiedzieć się o zdrowie cioci. I może jakie listy są od Józefa i Karola. Bo o starszym synie cioci, Czesławie, już żadnych wieści nie czekaliśmy: dobiega dziesiąta rocznica po wojnie. No i trzeba zabrać u cioci wielkie kłębuszki wełny i wydziergać skarpetki i rękawice - bo ciocia ma tyle pracy przy gospodarce, ano i kołchozowe pole nie zaniedbuje, wiele trudodni zarabia.

Do Baranowicz dojechałam raniuteńko. Awtobusa na Karelicze przez Worończę-Romejki-Rajcę trzeba było czekać dwie godziny, a bilety jeszcze wczoraj wysprzedane. No, ale świat nie bez dobrych ludzi. Jedzie w tamtą stronę ciężarówka i kierowca po kryjomu nabiera pasażerów. Przez minutę już siedziałam na niezamocowanej desce. Dobrze, że byłam nie sama, to bym dopiero poskakała 40 kilometrów i duszę bym do Romejek nie dowiozła. Do Horodyszcza bruk, dalej polna droga, tośmy siadły wprost w kuzow, by nie wypaść za burtę. Ciężarówka jechała tylko do Worończy na gorzelnię. Dalej dwa kilometry poszłam leśną drogą.

Skończył się las, i zagroda Zacharczuków i sad cały widoczny. Wioska już wstała, krowy na pastwisku, mieszczuch wywąchał nawet zapachy pieczonych blinów i ciepłego mleka. Ale co to? Od domku ku brązowo-zielonemu lasowi, wzdłuż wielkiego sadu, leci okręcona w kraciastą chustkę ciocia Helena. Targa pod tą chustką jakiś ciężar. Doleciała do ostatnich krzaków porzeczek, tu zatrzymała się na chwilę, obejrzała na wioskę i pędem przeleciała wąski kawałek pastwisk między sadem i lasem. I dosłownie dała nurka w gęstwinę laskowych orzechów.

To mnie tak okropnie zaintrygowało, że natychmiast chciałam przelecieć między krowami, skubiącymi zapamiętale soczystą trawę i zagłębić się w las dla odnalezienia mojej cioci. To by było dopiero spotkanie! No, ale jeszcze raz powiem: mieszczuch jest mieszczuch, a ja panicznie boję się krów. W dodatku bywałam na ich rogach. A tu i pies odskoczył od pastucha i ze szczekaniem rzucił się w moją stronę. Więc grzecznie poszłam drogą do cioci zagrody.

Po wąziutkiej dróżce w gęstym niekoszonym trawiu doszłam do starej kłody, która leżała tu jakby ławka. Wiadomo, nie ma gospodarnej ręki mężczyzny, a było ich jeszcze zupełnie niedawno aż czworo. Był stary ojciec wujka Józefa, pocztę od wieków tu trzymał. Jego dziadowie i pradziadowie, wieczni posztarze tych stron, konie trzymali, karety, powozy. Legenda mówiła, że tędy Napoleon szedł, a potem sam Kutuzow na pocztowym stole z dębu czarnego, wiekami na połysk wytartego, mapę nadniemeńskich obszarów rozkładał i w kominku ręce grzał. Legenda jest legenda, to się trzyma, może coś dodaje lub zapomina.

No i tak siedząc na wiekowej kłodzie, doczekałam się powrotu cioci. Zobaczyła mnie. Radość zobaczyć w samotności kogoś krewnego błysnęła w jej oczach, ale nie przeważyła tajemniczości. Pytam się: Ciociu, i dokąd to ciocia tak pozaranku latała, w poranek ciepluteńki chustą okryta? Przyłożyła natychmiast palec do ust i z trwogą popatrzyła na lewo i prawo - oby nie było świadków rozmowy. Idziemy do domu, tam i pomówimy.

Jak tam bratuś mój Władeczek, czy zdrowy, co kazał ci powiedzieć? Już schodzi na inne tory rozmowy. Nie daję za wygraną: Toż ciocia obiecała mi powiedzieć, dokąd tak rano latała! Znów tajemniczość zagościła na jej twarzy. Wiesz, nosiłam im jeść. Wieczorem znowu trza zanieść, to wody wiaderko do końca sadu podniesiesz. I będziesz zważała, czy sąsiedzi nie szpiegują. To lud nie nasz, najezdny - doniosą, co wtedy będzie?

I znów wyprowadziła rozmowę na inne tory. Pokazała ostatnie listy wujka z łagru, a Karola z wojska. I zostawiła mnie na cały dzień z oładkami i kapustą kraszoną słoniną, z mocą opadniętych, nikomu w tej głuszy niepotrzebnych jabłek i nakazem nie zadawać się z sąsiedźmi. I poszła na pole kołchozowe zarabiać trudodnie.

I zostawiła mnie z niewyjaśnioną tajemnicą. Kogo ciocia Helena w lesie karmi? Kogo?! Kogo i kogo?! Może jakieś zbiegi schowali się we wzgórzastym, gęstym, przetykanym dziką różą i jeżyną lesie? Może na wzór litewski chowają się tu leśne bracia? A dlaczego by i nie? - tak myślę. Nalibokska puszcza rzędem, kolej za 40 kilometrów, wioski rzadko i małe. Nabieram coraz to więcej powagi dla dzielnej cioci.

I już lazę na strych do kufrów z płótnem i kłębuszków z wełną. Odkrywam lekko jeszcze babusin kufer i wieko z trzaskiem opada mi z rąk. Kufry puściuteńkie, ani płótna, ani żadnej odzieży! Chryste Panie! Toć wyniosła tym leśnym ludziom wszystko do nitki! Nawet zadzwonili mi ze strachu zęby, a liczę siebie zahartowaną dziewczyną. Spuściłam się po drabinie, spojrzawszy na ciemny pas lasu za sadem. Stąd, ze strychu, drzewa były bliżej, zlane w zielone gąszcze ze starym i młodym sadem.

Spuściłam się na dół i znów siadłam na starą kłodę. Ale już do samego wieczoru nie wychodzili mi z głowy leśne pojadacze ciotczynego śniadania. Kto to jest, kto?

We dworze jakoś mi samej smutno. Narwałam ziela prosiakowi, bo on jedyny chrząkał w tej ciszy zagubionego obejścia cioci. Wspomniałam słowa mego ojca, jaka mężna była jego siostra Helena w czasie rewolucji. Wywieziona do Brańska, powróciła nazad do ojca i mamy. A w czasie okupacji niemieckiej żona wybranego nie rządem, a ludźmi, sołtysa, który wszystko robił, by nie dać do wywózki młodzież. Kopała w zapaścistym lesie kryjówki. Zharatana żalem o synie Czesławie, zabranym w 1941 roku bolszewikami do niby fabryczno-zawodskowo obuczenija, i zaginionym na zawsze. Ratowała cudze dzieci od niemieckiej niewoli. A teraz, co znów teraz czyni? Jakie ludzie kryją się w jej kryjówkach?

Ledwo doczekałam się jej z tego pola. Przyszła, poprosiła mnie zebrać jabłka papierówki, które kobiercem żółtym uległy pod jabłoniami, a sama coś szykowała w kładówce6. Nie przeszkadzałam jej. A wybierałam co lepsze, nie pęknięte papierówki dla leśnych ludzi. Ciocia zabrała je wraz z koszem zarzuconym na plecy, nakryła się znów chustką i poszła do lasu.

Ja powinnam była przynieść do końca sadu wiadro wody. Poszłam do studni, spłukałam dobrze wiaderko i poniosłam na wyznaczone miejsce. Był wieczór, ale letni, więc słonko błyszczało jeszcze w czyściutkiej wodzie. Dla leśnych, dla leśnych ludzi!

Zamyślona, i nie spostrzegłam się, że ciocia już była przy mnie. Postawiła u moich nóg koszyczek pełny jajek. Zawieziesz bratkowi mojemu. On, jak u mnie gościł, tak lubiał jajeczka w kożuszkach.

Oprzytomniałam! Ciociu, skąd w lesie jajka? - Jak to skąd? Z mego kurnika! Nałożył Chruszczow kontrybucję na sad, to wszystko z kufra sprzedałam, a sad pod siekierę nie dałam. A za każdą kurę mam oddać 160 jajek, to kury do lasu schowałam.

Do wiaderka wpadło kilka listków. Ciocia poniosła wodę, poić swoje chochłatki i ich gospodarza, białego koguta z ostrogami.


Copyright © 2004 Anna Engelking   |  realizacja informatyczna: